Produkty, które pomagają w podróży z dzieckiem

Choroba lokomocyjna u dziecka – nasza historia, nasze testy i to, co (może) działa

choroba lokomocyjna u dziecka

Ten artykuł zawiera linki partnerskie. Dowiedz się więcej na końcu artykułu.

Choroba lokomocyjna. Temat, który jeszcze kilka lat temu był dla nas zupełnie abstrakcyjny. Do czasu.

U nas dała o sobie znać podczas wyjazdu do Włoch, gdy Janek miał nieco ponad dwa lata. O niebiosa! Gdy zdarzyło się to po raz pierwszy, winą obarczyliśmy tę jedną, pierwszą frytkę z maca, którą postanowiliśmy dać małemu. No bo przecież „coś musiało zaszkodzić”.

Tyle że zdarzyło się drugi raz. Trzeci. Szybko dziesiąty.

I szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma tu żadnej reguły. Czy korek, czy normalna jazda. Czy serpentyny, czy autostrada. Wymioty zdarzały się nagle i często w zupełnie niespodziewanych momentach. Nasz rekord? Siedem razy podczas jednego dnia jazdy.

Biedne dziecko. I biedni my – bezradni, zestresowani, z zapasem ubrań wyczerpanym po pierwszych godzinach podróży.

Co testowaliśmy (i co u nas kompletnie nie zadziałało)

Przeszliśmy chyba przez wszystkie „złote rady” internetu i znajomych.

Efekt? Żaden, który moglibyśmy nazwać przełomem.

Przełom w deszczowej Holandii

Mieszkamy w Holandii. Pewnego dnia, w typowo deszczowej aurze, nagle wyszło słońce. A my – jak to rodzice – w ruch puściliśmy nasze super multifunkcyjne pieluchy, żeby zasłonić okna przed światłem.

I wtedy coś nas tknęło.

Gdy okna są zasłonięte z obu stron, nasze dziecię zdaje się wymiotować zdecydowanie rzadziej. Jakby ograniczenie bodźców wzrokowych pomagało jego błędnikowi się „uspokoić”. Oczywiście – nie mamy na to badań naukowych, tylko własne obserwacje, ale różnica była zauważalna.

Równa jazda ma znaczenie

Z czasem zauważyliśmy jeszcze jedną rzecz: ogromne znaczenie ma styl jazdy.

Żeby nie prowokować wymiotów, gdy dziecko nie śpi, staramy się jechać możliwie jednostajnie – około 100 km/h (oczywiście tam, gdzie pozwalają na to przepisy). Unikamy częstych hamowań, gwałtownych przyspieszeń i ciągłych zmian prędkości.

Każde mocniejsze hamowanie czy szarpnięcie bardzo często kończyło się u nas źle. Płynna, przewidywalna jazda wyraźnie zmniejszała ryzyko „nagłych zwrotów akcji”.

Pokrowce na tylną kanapę – nasz cichy bohater

I teraz coś, co uratowało nie tylko nasze nerwy, ale i tapicerkę.

Polecam z całego serca wodoodporne pokrowce na tylną kanapę. Takie, które zakrywają całe siedzisko (a najlepiej też część oparcia), takie jak ta. W przypadku choroby lokomocyjnej to naprawdę game changer.

Dlaczego?

Po kilku „akcjach” czyszczenia samochodu zrozumieliśmy, że lepiej zapobiegać niż później szorować szczoteczką każdy zakamarek.

Co jeszcze robimy – syrop przed podróżą

Odkąd Janek skończył trzy lata, podajemy mu około pół godziny przed podróżą (i czasem w jej trakcie) syrop Lokomotiv.

I połączenie:

wydaje się u nas działać.

Albo… po prostu powoli wyrasta z choroby lokomocyjnej. Bo i tak może być – wiele dzieci z czasem ma coraz mniejsze dolegliwości.

A kiedy mimo wszystko się zdarzy…

Bo nadal się zdarza. Rzadziej, ale jednak.

I tu wchodzi moja złota zasada: przezorny zawsze zabezpieczony.

Zawsze mam pod ręką – w organizerze przed sobą – grube worki na śmieci. Nie malutkie papierowe torebeczki. Nie estetyczne „samolotowe” woreczki. Tylko wielkie, solidne plastikowe worki.

Takie, w które naprawdę da się złapać wszystko.

Po latach zmagania się z tym problemem wyćwiczyłam refleks, koordynację ręka–oko i umiejętność przewidywania „tego momentu”. Serio. Potrafię wyczuć sekundę przed i reagować błyskawicznie. I uwierzcie – to ratuje tapicerkę, ubrania i nerwy.

Ostatnie nasze odkrycie, które polecamy starszym dzieciom: praktyczne woreczki na wymiociny ze sztywnym i okrągłym „ustnikiem”.

Kilka naszych praktycznych wskazówek

Jeśli zmagacie się z chorobą lokomocyjną u dziecka, może warto spróbować:

I najważniejsze – nie obwiniać siebie. To nie frytka. Nie korek. Nie „zła droga”. To po prostu wrażliwy błędnik, który potrzebuje czasu.

Jeśli jesteście właśnie w środku tej przygody – przytulam Was mocno. My też tam byliśmy. I choć cudownego lekarstwa nie znaleźliśmy, znaleźliśmy sposób, który u nas działa na tyle, że podróże znów są możliwe. A to już naprawdę dużo.

* Niektóre linki w tym artykule są linkami partnerskimi. Jeśli zdecydujesz się z nich skorzystać, mogę otrzymać niewielką prowizję – bez żadnych dodatkowych kosztów dla Ciebie. Dziękuję! To wsparcie pomaga mi rozwijać dzieckowtrasie.pl i przygotowywać kolejne sprawdzone materiały dla rodzin podróżujących z dziećmi.

Zobacz, co jeszcze ratuje trasę


facebook twitter youtube vimeo linkedin instagram whatsup